HISTORIA LEGIONÓW

Jaka była rola Józefa Piłsudskiego oraz Legionów w odzyskaniu przez Polskę niepodległości? Czy istnieje jeden punkt widzenia na wydarzenia lat 1914-1918? Na ile sposobów można opowiedzieć tę samą historię?

Zapraszamy do zapoznania się z wielogłosową opowieścią o Legionach. Historie legionowe opowiadają członkowie rodzin, których bliscy walczyli o niepodległość Polski, pamiątki – niemi świadkowie wydarzeń, historycy przy pomocy „pióra” i źródeł oraz fotografie, na których utrwalony został świat widziany oczami legionistów.

Śledź z nami polską drogę do niepodległości. Co miesiąc nowa dawka informacji o wydarzeniach sprzed stu lat!

Źródła powrót

1938, Fragmenty fabularyzowanej relacji anonimowego oficera legionów, spisanej przez Bogumiła K. Rembowskiego, o Ignacym Hoenichu, legioniście pochodzenia żydowskiego.

…W tak krótkiej miłej pogawędce przebiegł pan niemal całą historię wszystkich krakowskich legunów—nie wspomniał pan o jednym— a przecież i to nazwisko musiało utkwić mu w pamięci—lub znajdować się wśród mnogich zapisków pańskich pamiętników i relacji. Hoenicha, — kapitana rezerwy Ignacego Hoenicha, — musi pan przecież pamiętać…, pyta dalej po godzinnej pogawędce mój stały, miły towarzysz kawiarniany

            —Hoenich?... Nie, takiego nazwiska z szeregów legionowych zupełnie sobie nie przypominam. Jeżeli jednak taki był kiedyś wciągnięty na listę legionową, to z całą pewnością frontu nigdy nie oglądał, a epos zawieruchy wojennej i przedziwne dzieje leguńskiego życia zna tylko z wyświetlanych obecnie filmów, mnogiej literatury i bajd więcej i mniej prawdopodobnych. Całą wojnę przebył zapewne na tyłach, przy komitetach[…]

—A czy tego pana, który tam na drugim końcu sali kawiarnianej siedzi tuż przy kaloryferze i czyta z zajęciem dzienniki—czy tego pan sobie przypomina z jakiegoś okresu życia? Tego z całą pewnością musiał pan znać,—krakowskie to dziecko.

—Owszem, od chwil kilku obserwuję go i poznaję.—Ten, to stuprocentowy legionista, Żyd-legionista. […] Ten na przykład znany był w legionach jako „Icuś”—i zabij mnie Pan, a nazwiska sobie nie przypominam, chociaż całą jego historię znam na pamięć.[…]

—Może mógłbym — nim pan te informacje tutaj uzupełni — usłyszeć jego historię?

—Z całą przyjemnością. Piękna to karta, w której wiele należałoby jeszcze uzupełnić, by nie zrobić mu krzywdy….[…]

            Miał lat 18-cie, był już uczniem siódmej klasy, gdy w roku 1914 pod komendą Piłsudskiego ruszyły w pole Legiony.

            Rzucił książkę, szkołę i dochody swego wirtuozostwa i z początkiem sierpnia tegoż roku zgłosił się w szeregi 5 komp. 2 p. p. Legionów, której komendantem był podówczas porucznik Zbroja.

            Z kompanią tą ruszywszy na front przebył całą kampanię karpacką, biorąc udział w bitwach na Panterpassie, pod Rafajłową, Nadwórną i Mołotkowem. Tu widocznie nie bardzo był ostrożny — (co zawsze na niego wyglądało) — zbyt dziarsko i sumiennie zaprawiać się zaczął do nowego zawodu żołnierskiego, bo otrzymał dobry chrzest wojenny i pasowanie na rycerza nie wodą, ale stalową kulą w lewą nogę. Wraz z całym transportem odesłany zostaje do szpitala krakowskiego, a następnie z powodu zbliżania się rosyjskiej armii pod mury twierdzy wraz z wszystkimi rannymi do Cieplic w Czechach. Tam pozostaje w leczeniu klinicznym do połowy grudnia 1914 r.

            Jeszcze utykając zgłasza się znudzony życiem etapowym do kadry legionowej w Jabłonkowie, która odsyła go do komp. technicznej 2 p. p. Leg. Stacjonującego w Felsowiszo na Węgrzech. Komendantem tej komp. był inż. porucznik Pukło. Z oddziałem tym bierze udział w całej ofensywie na Bukowinie. Polubili go tu wszyscy, wyróżnia się bowiem zawsze niefrasobliwą radością leguńską, drwiącą sobie z najcięższej doli żołnierskiej i niebezpieczeństwa. Doczekawszy się też zasłużonego awansu na kaprala przydzielony zostaje jako instruktor do komp. technicznej, tworzącego się w Piotrkowie 4 p. p. Leg., której dowództwo najpierw sprawował podchorąży Giewont — następnie zaś inż. porucznik Słuszkiewicz.

            I od tej chwili aż do samego końca dzieli dawny Ignaś — teraz już obywatel „Icuś” (takie miał pseudo i tak go powszechnie znano) dolę i niedolę żołnierską, jaka przypadła w udziale czwartemu pułkowi. Przechodzi całą kampanię lubelską i wołyńską od lipca 1915 r. do lipca 1916 r. 

            Znowu bitwy: Jastków — Lublin — Koszyszcze — Kołki — Maniewicze — Kostiuchnówka — Optowa. Na ostatnim odcinku przeżywa cały okres walk pozycyjnych 4-go pułku, które tak chlubnie zapisały się w historii legionów.

            Tam na dalekiej ziemi wołyńskiej pod Optową zdobywa odznaczenie wojenne: „Żołnierski Medal Waleczności” za bohaterskie spełnienie obowiązku żołnierskiego w huraganowym ogniu dział i kulomiotów nieprzyjacielskich. W dniu tym — pamiętam jakby to było dziś dopiero — rozpoczął generał Brusiłow, morderczym ogniem setek paszcz armatnich, tysiącami kulomiotów i szarańczą kul karabinowych — słynną swą ofensywę na nasze i austriackie pozycje.

            W chwili tej właśnie „Icuś” wraz z swą sekcją techniczną znajdował się o kilkaset metrów przed naszymi liniami obronnymi, wykańczając linię ochronną przez zaciąganie odrutowani na przedpolu.

            Dokoła padają setki pocisków. — Eksplozja przy eksplozji. — Warczące rozwścieczone szaleńczym pędem i nadmiarem rozsadzających sił żelastwo drze i ryje wokół ziemię, przeorywując ją głębiej i szybciej niż najlepszy pług czy socha. — Zda się, że ni piędź ziemi nie ostoi się przed tą orką. — Zachrypły, aż do szpiku kości drażniący rechot setek karabinów maszynowych i już nie bzyk kul — ale jakby ulewa gradowa. — Przykucnęło na ten moment wszystko, co żyło w okopach, chroniąc swe głowy, — tylko „Icuś”, ten kędzierzawy, czupurny i dokładny w robocie Icuś, wraz ze swą sekcją, tam na przedpolu — w tym ogniu huraganowym nie cofa się, kończy ciężką pracę. Choćby miał paść, ochronę tę dla legunów, dla swoich musi wykończyć, by byli bezpieczniejsi — by lepszą mieli zaporę.

            Zginie?... Cóż to znaczy?... Że on zginie?... Ale oni będą bezpieczniejsi — lepiej odrutowani.

            Dostał zresztą rozkaz: „Wykończyć drutowanie…”

            Więc go musi wykończyć i wykończy, choćby nie jeden, ale dziesięciu Brusiłowych, Mikołajów-Mikołajewiczów i sam car szedł na niego z ofensywą.

            I wykończył… Wykończył szczęśliwie. Radośnie wrócił do okopów wraz z całą cudem ocalałą sekcją — wrócił, spełniwszy obowiązek.

            Nie pomogły jednak druty ani bohaterska postawa żołnierzy.

            Front musiał prysnąć pod możnym naporem nieprzyjacielskich mas i huraganowym ogniem dział.

            I znowu jak tylekroć razy pułki legionów, a z nimi bohaterski 4-ty pułk, toczą zażarte boje odwrotowe zasłaniając swymi piersiami armię austriacką.

            Znowu stawiają żelazny opór na linii Stochodu.

            Rudka Miryńska, Sitowicze, Dubniaki, to znowu chlubna karta dziejów Polski — karta pisana krwią żołnierską…

            Odgryzając się śmiertelnie, torując sobie drogę bagnetem, staje czwarty pułk pod Sitowiczami u podnóża góry, oznaczonej na mapie sztabu generalnego, jako „Kota 182”.

            Niemilknący ogień nieprzyjacielskich dział kieruje się w ślad za dzielnym pułkiem, w miejsce jego nowych stanowisk, jeszcze nie umocnionych i nie ubezpieczonych, a już odkrytych. Huraganowy ten ogień szczerbi bezlitośnie coraz to większe luki w szeregach czwartaków, grożąc niemal całkowitą zagładą. Sytuacja staje się coraz to tragiczniejszą.

            Ale od czegóż to spryt leguński?

            Sierżant-szef kompanii technicznej inż. Bolesław Stolarczyk wpada na pomysł, iście w tej chwili łobuzerski — a tak zbawienny w skutkach. Pomysł wniesienia na szczyt wypchanej kukły imitującej żołnierza z lusterkiem w sztucznej ręce.

            Zadaniem tej kukły miałoby być ściągnięcie na siebie uwagi nieprzyjaciela, a tym samym skierowanie ognia artyleryjskiego na kotę — miast na pozycje pułku. W razie udania się tego podstępu pułk odetchnąłby i w spokoju mógłby się umocnić i obwarować w swej pozycji. […]

            Wśród szeregowców oddziału technicznego po rzuceniu i rozpatrzeniu tego projektu zapanowała głęboka cisza. Nikt ni jednym słowem jej nie przerwał. Przecież tam pewna śmierć…

            Wtem…padło…

            „Ja idę!”…

            To „Icuś”, dzielny Icuś zgłosił się na tego ryzykanta. Przy nim stanął już drugi ochotnik — niestety nazwiska drugiego nie pamiętam.

            I poszli — …dźwigając olbrzymią kukłę wypchaną sianem i słomą, a przybraną w mundur żołnierski. Gdy tylko na wzgórzu ukazały się dwie postacie żołnierskie, wspinające się mozolnie wyżej i wyżej, — gdy w jasnym blasku słońca zalśniły stalowe bagnety i lufy karabinów —  nienaruszona ani jednym pociskiem dotychczas kota ściągnęła na siebie w tej chwili coraz to bardziej wzmagającą się furię dział nieprzyjacielskich, odciążając w ten sposób, stopniowo, pozycje czwartaków.

            Granat przy granacie padał niemal u ich nóg zasypując im dartą i rozpylaną ziemią i żwirem oczy, ogłuszając potężnymi eksplozjami — a oni szli dalej i dalej — aż doszli na sam szczyt koty.

            Saperskie łopatki poszły w nerwowy szybki ruch… Wykopują maskowany okop, wyrzucają jak pracowite krety, wykrajaną ostrzem stali ziemię, układają ciągle w górę i przed siebie. Huragan pocisków wzmaga się z każdym ruchem łopat. W miarę rośnięcia okopu padają coraz to bliżej i celniej, zbliżając się nieubłaganie ku śmiałkom, którzy mieli odwagę w oczach tak mocarnej potęgi usadowić się na szczycie i budować twierdzę odporno-zaczepną.

            Praca skończona…

            Na świeżo wyrzuconej ziemi ustawiają szybko i zręcznie przyniesioną kukłę. W sztywną rękę wczepiają jej lusterko, które w tej chwili chwyta silne promienie słońca, roziskrza się oślepiającym blaskiem i Rzuca w stronę nieprzyjaciela wyzywający snop drażniących oczy igieł — promieni. Najmniejszy podmuch wiatru rusza kukłę na prawo i lewo, tym samym i promienie słoneczne odbijające się to w tę, to w tamtą stronę całej linii nieprzyjacielskiej, markując wspaniały jakoby punkt obserwacyjny.

            Nieprzyjaciel został wyprowadzony w pole. Spryt leguński przechytrzył  mózgi sztabowców rosyjskich.

            Już na zakryte wzniesieniem i laskiem pozycje czwartaków nie kierują ognia.

            Wszystkie działa teraz już jednym wspólnym wysiłkiem ryją bezlitośnie „kotę 182” i wierzą w stu procentach, iż uparci legioniści obeszli gdzieś bocznymi drogami wzgórze i teraz na szczycie umacniają nie tylko okopy piechoty, ale i ściągają artylerię, której punkt obserwacyjny właśnie na samym szczycie koty tak szybko się ulokował.

            Jakim cudem w tym gradzie pocisków wycofali się i wrócili nietknięci, a tylko zziajani i rozgorączkowani do swych rozradowanych szeregów dwaj zuchwalcy — do dziś zdać sobie sprawy z tego nie mogę, — dość, że wrócili.

            Był to — podkreślam jeszcze raz, cud prawdziwie widoczny cud. — Spełnił swój obowiązek żołnierski kapral Icuś i niech słowa tego mego wspomnienia utkwią panu głębiej w pamięci, bo nie wiem, czy kiedyś dane mi będzie w życiu przekazać pokoleniom następnym obszerniejszą o tym czynie notatkę. — A innej zdaje się nie ma. Nikt nie poruszył dziejów tragicznych godzin tych dwu ochotników, a przecież ochronili czynem swym dziesiątki, a może i setki istnień swych towarzyszy od bezlitosnej rzezi artyleryjskiej.

            Pod tymi to Sitowiczami, Rudką Miryńską, kończy się też pierwszy etap dziejów żołnierza polskiego.

            Obywatel Icuś zostaje wcielony do służby w 13 p. p. armii austriackiej, do pułku „dzieci krakowskich”.

            Po rozpadnięciu się monarchii austriacko-węgierskiej wstępuje Icuś już jako oficer do 42 p. p. Armii Polskiej i przechodzi z tym pułkiem całą wojnę, aż do maja 1921 r.

            Opuszcza szeregi w randze kapitana, by kończyć studia na Politechnice. Widzi pan, przy butonierce ma małą elipsowatą odznakę — to odznaka II-giej Brygady i 4 p. p. Legionów. A ten błyszczący krzyżyk, to „Krzyż Niepodległości” — zasłużył sobie na niego ciężkim trudem żołnierskim i ranami. […]

Ignaś… Teraz sobie przypominam, nazywał się Hoenich… a Hoenich to dzielny Icuś spod Optowej i Rudki Miryńskiej — bohater „Koty 182”.

 

Bogumił K. Rembowski, Bohater „Koty 182”Obywatel „Icuś” w: Żydzi bojownicy o niepodległość Polski, Lwów 1939

Pokazuj podpowiedzi